Smaki z dzieciństwa

 

Ostatnio dość sporo myślałem. Doszedłem do wniosku, że trzeba wykorzystać karty, jakie daje mi los i w kilka wolnych dni, postanowiłem poszukać kilku smaków z dzieciństwa

Początkowo pomyślałem: co ja w ogóle, jak byłem mały, jadłem?

Pierwsza myśl: pomidorówka babci. Jest tylko jeden problem. Za każdym razem gdy ją odwiedzam, zabieram do domu 3-4 słoiki, pełne tej niesamowitej zupy. Odpada.

Zacząłem więc od początku. Pierwszy pokarm – mleko matki. Doszedłem do wniosku, że to też raczej niewypał. Potem jakieś Gerberki czy inne Bobo Fiuty. Niestety tego smaku zupełnie nie pamiętam, więc nawet nie miałem co wydawać zbyt kasy.

Dalej myśląc, doszedłem do wniosku: „zaraz… już kilka pięknych lat nie jadłem Serka Wiejskiego„.

Tutaj zaczął się mój podbój sklepów. Kupiłem tego z tonę. Moje obserwacje? To już nie ten smak co kiedyś. Ale idąc tym tropem przypomniałem sobie kluski z twarogiem. Początkowo moim zamysłem było kupienie truskawek i zrobienie musu, ale gdzie ja idiota bym teraz kupił świeże truskawki. Jedyne jakie były to z sztucznych hodowli. Dziękuję, nie skorzystam. Kupiłem więc twaróg i nastawiłem wodę w garnku.

Tak, ta potrawa była moim drugim trafionym celem. Gdy już zjadłem tak dobry posiłek, zachciało mi się czegoś pić. Pierwsza myśl: kawa! Ale już byłem po 3 tego dnia, więc może herbata? A nie, taki chuj! poszedłem do sklepu i kupiłem wielką butlę soku „Paola”. Słodki nektar bogów.

Wiedziałem, że czas zabrać się za pisanie dalszej części powieści i przepisanie nazwisk z długiej listy, do jeszcze dłuższej tabelki. Takie tam dorabianie na boczku. W tym momencie naszła mnie dzika ochota na kogiel mogiel. Nie zdążyłem porządnie zacząć pisać, jak znowu stałem w kuchni, szukając składników po półkach.

Wysłany później przez domowników do sklepu, natknąłem się na takie chrupki jak „Flipsy” czy „Monster Munch” popularnie nazywane „Duszkami„. Mając kilka złoty więcej w kieszeni, bez namysłu je kupiłem. Zasiadłem ponownie do laptopa. Pisałem dobrych pare godzin, ale rozproszył mnie znajomi, pisząc do mnie na fejsie. Powiedziałem sobie „Przerwa? czemu nie!„. Skończyło się na tym, że znalazłem wszystkie odcinki Dragon Balla, otworzyłem chrupki, przyniosłem sobie zapas serków wiejskich i kilka litrów Coca-Coli. Niestety dziwnie mi się odpisywało ludziom na fejsie „sory, oglądam jak Son Goku spuszcza wpierdol Freezerowi„, więc pomijałem ten fakt w rozmowach, a potem po prostu wyłączyłem Facebooka.

Koniec tej historii?

Jest godzina 2:36. Leże na podłodze w toalecie. Umieram wodząc wzrokiem po tafli wody w kiblu, który szczerze powiedziawszy, wygląda dość poimprezowo w tych żółtopomarańczowych barwach bełtu. Będę go tak przystrajać przez kilka najbliższych godzin.

Morał? 

GOKU ZAWSZE WYGRA! A nie, to miało być: bierzcie się kurwa do pracy, a nie zawracajcie sobie głowy pierdołami.

Advertisements